Po kilku minutach i problemach z prądem udało się wystartować mi i reszcie zawodników. Wyjechałam na trasę w parze z dziewczyną z mojej szkoły. Pierwsze założenie:"Ej dawaj jedziemy we dwie, będzie nam łatwiej". Niestety Patrycja chyba o tym zapomniała, albo chęć wygranej okazała się silniejsza i zostawiła mnie na trzecim kilometrze. Nie starałam się jej dogonić, jechałam swoim tempem w małej grupce trzech-czterech osób. Na pierwszych singlach byłam ostatnia, jednak z czasem przesuwałam się do przodu. Na jednym ze zjazdów, wyprzedziła mnie pewna kobieta. Zrobił się spory korek, dlatego musiałam "jechać na hamulcach". Zainteresował mnie strój kolarki, która mnie wyprzedziła. Z tylu na plecach miała napisane "Puść hamulce...". W tamtym momencie pomyślałam, że to ironia, jednak teraz dla mnie ta sentencja ma też drugi przekaz. Nie bójmy się robić tego co chcemy, nie zadręczajmy się sprawami, których już i tak nie zmienimy, idźmy pewnie do przodu. Na szóstym kilometrze minęłam Patrycję i pędziłam dalej, jak natchniona. W głowie pojawiła się myśl, że gdybym wyprzedziła jeszcze jedną dziewczynę to miałabym szansę na podium. Niestety, a może stety wiedziałam, że nie dam rady drzeć do mety, tylko muszę utrzymać tempo. Wreszcie po leśnych singlach, pisakowych i asfaltowych odcinakach przekroczyłam metę. Zeszłam z roweru i znalazłam się w uścisku mamy i taty. Po chwili gdy zdążyłam złapać oddech porwała mnie moja przyjaciółka - Tuśka. Pierwsze co mi pokazała to była godzina na zegarku... 12:08. Spojrzałam na nią zdezorientowana. Tusia uśmiechnęła się szeroko i oświadczyła, że udało mi się przejechać trasę poniżej godziny. W pierwszym momencie jej nie uwierzyłam, ale po przebraniu się i sprawdzeniu wyników... Czas 53:34min - 2 miejsce w kategorii wiekowej. Zaczęłam skakać ze szczęścia mimo, tego, że pół godziny wcześniej myślałam, że nogi mi odpadną. Kiedy emocje trochę opadły sprawdziłam wyniki moich konkurentek. Do pierwszego miejsca zabrakło mi tylko 16 sekund, ale za to trzeciemu odjechałam na 6-7 minut. Pierwsza moja myśl: Gdybym wiedziała, że brakuje mi tak mało..." jednak po chwili zrozumiałam, że jak na mój pierwszy start ten wynik jest super. Usiadłam z drużyną w jednym kącie sali i czekałam na rozdanie nagród. Wyczytywano kolejno kategorie, aż przyszedł czas na moją. Weszłam na drugi stopień podium, z uśmiechem odebrałam nagrodę i wróciłam do zespołu. Nie zdążyłam usiąść, kiedy wszyscy zaczęli mi gratulować. Po ośmiu godzinach mogłam odpocząć w domu. Po powrocie nie było żadnego oblewania, bo praktycznie od razu usnęłam.
Na dwóch kołach przez życie
środa, 29 czerwca 2016
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Czym trudniejsza droga, tym słodsze zwycięstwo
Luty-Kwiecień
Po powrocie do domu wiedziałam, że stan mojego zdrowia poprawił się, jednak z tyłu głowy chodziła mi ciągle jedna myśl: "A co jeśli to zacznie się od nowa, gdy zacznę trenować?". Postanowiłam,dać sobie trochę czasu, żeby organizm mógł się zregenerować po wyjeździe na narty... Miesiąc się skończył, a ja za namową paru osób dołączyłam do zespołu kolarsko-biegowego. Zaczęłam uczęszczać na treningi odbywające się na siłowni i hali. Rower nadal stał nieruszany jednak robiło się cieplej, a ja częściej zerkałam w jego stronę. W końcu nadszedł dzień, kiedy pojechałam do lasu potrenować. Po półtorej godziny wyjechałam z niego zmęczona jak nigdy. Mimo wszelkich starań moja forma bardzo spadła w zimę. Nie miałam jednak czasu się użalać nad sobą, tylko brać się do roboty, bo dwa tygodnie później planowałam swój pierwszy start. Codziennie wychodziłam na trening do lasu, a w weekend pojechałam zapoznać się z trasą zawodów. W czasie przejazdu, który zajął mi 1 godz 20 min (źle, bardzo źle...) zgubiłam się dwukrotnie. Ten trening dał mi wiele do myślenia i wyszłam z założenia, że: "To będzie mój pierwszy start w życiu. Ważne, żebym przejechała tą trasę cała, bez bliskiego spotkania z podłożem. Na jakiekolwiek miejsce medalowe nie licz." Wróciłam do domu trochę przybita i bardzo zmęczona, jednak się nie poddałam. Ostatni tydzień był również intensywny i wymagający. W czwartek odebrałam rower, na którym miałam wystartować w zawodach, (Czarna Strzała nie nadawała się do tego) i poprosiłam wuefistę o kilka rad. W odpowiedzi usłyszałam: " Dobrze się ubrać, mieć bidon z piciem i drzeć do przodu". Niestety te wskazówki zbyt wiele mi nie dały, więc postanowiłam szukałam dalej. Od Pumby usłyszałam bardziej coś na kształt mowy motywacyjnej. Na szczęście w dzień zawodów trafiłam na Pana A., który powiedział mi chyba wszystko co powinnam wiedzieć (gdzie bardziej uważać, na których odcinkach dać po pedałach, miejsca gdzie warto jechać miękkim przełożeniu), jednak na samym początku wywołał u mnie trochę obaw mówiąc:"Twoje pierwsze zawody? To sobie dziewczyno najtrudniejszą trasę wybrałaś". Z perspektywą czasu mogę śmiało stwierdzić, że "Czym trudniejsza droga, tym słodsze zwycięstwo." Podczas zawodów wspierała mnie moja najlepsza przyjaciółka, która przed startem wpakowała we mnie pół tabliczki wielkiej czekolady. Po porządnej rozgrzewce zajęłam miejsce startowe. Miałam nadzieje, że nie spotkam dużej ilości osób z mojej szkoły, było jednak wręcz przeciwnie. Na stracie razem ze mną stawili się: Pan A, Timon, Pan Dyrektor, dwie moje rówieśniczki, a rozdawaniem medali pamiątkowych zajęło się pięć dziewczyn z mojej szkoły.
Zaczęło się wielkie odliczanie...
Po powrocie do domu wiedziałam, że stan mojego zdrowia poprawił się, jednak z tyłu głowy chodziła mi ciągle jedna myśl: "A co jeśli to zacznie się od nowa, gdy zacznę trenować?". Postanowiłam,dać sobie trochę czasu, żeby organizm mógł się zregenerować po wyjeździe na narty... Miesiąc się skończył, a ja za namową paru osób dołączyłam do zespołu kolarsko-biegowego. Zaczęłam uczęszczać na treningi odbywające się na siłowni i hali. Rower nadal stał nieruszany jednak robiło się cieplej, a ja częściej zerkałam w jego stronę. W końcu nadszedł dzień, kiedy pojechałam do lasu potrenować. Po półtorej godziny wyjechałam z niego zmęczona jak nigdy. Mimo wszelkich starań moja forma bardzo spadła w zimę. Nie miałam jednak czasu się użalać nad sobą, tylko brać się do roboty, bo dwa tygodnie później planowałam swój pierwszy start. Codziennie wychodziłam na trening do lasu, a w weekend pojechałam zapoznać się z trasą zawodów. W czasie przejazdu, który zajął mi 1 godz 20 min (źle, bardzo źle...) zgubiłam się dwukrotnie. Ten trening dał mi wiele do myślenia i wyszłam z założenia, że: "To będzie mój pierwszy start w życiu. Ważne, żebym przejechała tą trasę cała, bez bliskiego spotkania z podłożem. Na jakiekolwiek miejsce medalowe nie licz." Wróciłam do domu trochę przybita i bardzo zmęczona, jednak się nie poddałam. Ostatni tydzień był również intensywny i wymagający. W czwartek odebrałam rower, na którym miałam wystartować w zawodach, (Czarna Strzała nie nadawała się do tego) i poprosiłam wuefistę o kilka rad. W odpowiedzi usłyszałam: " Dobrze się ubrać, mieć bidon z piciem i drzeć do przodu". Niestety te wskazówki zbyt wiele mi nie dały, więc postanowiłam szukałam dalej. Od Pumby usłyszałam bardziej coś na kształt mowy motywacyjnej. Na szczęście w dzień zawodów trafiłam na Pana A., który powiedział mi chyba wszystko co powinnam wiedzieć (gdzie bardziej uważać, na których odcinkach dać po pedałach, miejsca gdzie warto jechać miękkim przełożeniu), jednak na samym początku wywołał u mnie trochę obaw mówiąc:"Twoje pierwsze zawody? To sobie dziewczyno najtrudniejszą trasę wybrałaś". Z perspektywą czasu mogę śmiało stwierdzić, że "Czym trudniejsza droga, tym słodsze zwycięstwo." Podczas zawodów wspierała mnie moja najlepsza przyjaciółka, która przed startem wpakowała we mnie pół tabliczki wielkiej czekolady. Po porządnej rozgrzewce zajęłam miejsce startowe. Miałam nadzieje, że nie spotkam dużej ilości osób z mojej szkoły, było jednak wręcz przeciwnie. Na stracie razem ze mną stawili się: Pan A, Timon, Pan Dyrektor, dwie moje rówieśniczki, a rozdawaniem medali pamiątkowych zajęło się pięć dziewczyn z mojej szkoły.
Zaczęło się wielkie odliczanie...
środa, 8 czerwca 2016
To twój wybór, walczysz czy się poddajesz?
Październik - Luty
Czy chciałaś kiedyś rzucić wszystko, położyć się mając wszystko w poważaniu, lecz nawet leżenie nie przynosiło ulgi? Ponad cztery miesiące cierpiałam na bóle kolan, które nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Siedzenie, stanie, leżenie, długie chodzenie czy bieganie, o jeździe nie wspominając było dla mnie masakrą. W jednej pozycji wytrzymywałam nie dłużej niż 5 minut. Najgorsze było siedzenie na lekcji, kiedy nie można wstać, a czas dłuży się niemiłosiernie i spanie, o ile można tak nazwać kręcenie się z boku na bok przez całą noc. Lekarze wysłali mnie na różne badania, które nic nie wykazały. Początkowo ignorowałam dolegliwości i dawałam z siebie jak najwięcej w szkole i na treningach. Jednak z czasem było coraz gorzej, nie wyrabiałam się ze wszystkim.... wolontariaty, szkoła, treningi, konkursy, zawody, prace dodatkowe. Musiałam w końcu odpuścić, bo czułam, że długo, już tak nie dam rady. Zrezygnowałam z treningów i prac dodatkowych, ograniczyłam wolontariat oraz mniej aktywnie udzielałam się w szkole. Intensywne ćwiczenia na w-f'ie dawały mi w kość.Od lekarza zamiast zwolnienia z zajęć na jakiś czas usłyszałam "oszczędzaj się". Najwidoczniej do Polskiej Służby Zdrowia nie dotarła informacja, że w szkole zwolnienia z wychowania fizycznego można mieć wyłącznie od lekarza. Siedząc czasami wieczorem myślałam: "Jak mam się oszczędzać, skoro nie mam zwolnienia, a moja klasa jest jedną z lepszych ..." Mam to szczęście, że mój wuefista to "Ludzki Pan" i odpuszczał mi widząc, że nie wyrabiam. Często od znajomych dostawałam wiadomości typu: "muszę kończyć, bo zaraz mam trening", "byłam dzisiaj w stajni na jeździe" albo "w niedziele są zawody mtb, bierzesz udział?". Te rozmowy przybijały mnie jeszcze bardziej. Wiele razy patrzyłam na rower z myślą: "walić to wszystko, idę pojeździć", niestety wiedziałam, że ceną treningu będzie późniejszy kilkugodzinny ból. Moja apteczka była wypchana opaskami, bandażami, żelami chłodzącymi i rozgrzewającymi, tabletkami... jednak nic nie pomagało. Na początku stycznia musiałam podać swój wzrost, aby dopasować ramę i strój. Zmierzyłam się raz, drugi, trzeci, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, poprosiłam o pomoc mamę. Wynik ciągle był ten sam. Przez pół roku urosłam AŻ cztery centymetry. Jeden pomiar wskazał przyczynę moich problemów, którymi okazały się bóle wzrostowe. W mojej rodzinie to dość częste zjawisko. Ciocia cierpiała na nie przez trzy lata, kilkukrotnie trafiając nawet do szpitala. Zaczęłam odpowiednią kuracje, której efekty były widoczne już po dwóch tygodniach. Postanowiłam wrócić do treningów. Na początku zmierzyłam się z rowerem stacjonarnym z małym obciążeniem. Stopniowo zwiększałam intensywność treningów. Miesiąc później nie czułam już bólu i zdecydowałam sprawdzić swoją sprawność i to dość solidnie. Tydzień w górach i codzienna jazda na nartach. Minimum sześć godzin na stoku, wciąż z żelem rozgrzewającym i witaminą D, ale BEZ BÓLU. Byłam z siebie dumna. Niestety problemy z kolanami uniemożliwiły mi wystartowanie w zawodach w mojej rodzinnej okolicy. Ten bolesny okres nauczył mnie kilku rzeczy.
Po pierwsze poczułam jak łatwo się spada, a jak trudno podnosi po upadku. Po drugie nauczyłam się, że czasem warto odpuścić. Po trzecie zrozumiałam, że można odsunąć się od wszystkich i próbować radzić sobie samemu z problemami, ale dużo lepiej jest mieć wsparcie w przyjaciołach i rodzinie.
Ten czas dał mi wiele do myślenia. Za namową Pumbya zdecydowałam się na dołączenie do klubu kolarskiego. Poznałam samą siebie i mimo, że moja forma bardzo spadła, udało mi się podnieść, założyć kask i pojechać dalej.
Do napisania :)
Czy chciałaś kiedyś rzucić wszystko, położyć się mając wszystko w poważaniu, lecz nawet leżenie nie przynosiło ulgi? Ponad cztery miesiące cierpiałam na bóle kolan, które nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Siedzenie, stanie, leżenie, długie chodzenie czy bieganie, o jeździe nie wspominając było dla mnie masakrą. W jednej pozycji wytrzymywałam nie dłużej niż 5 minut. Najgorsze było siedzenie na lekcji, kiedy nie można wstać, a czas dłuży się niemiłosiernie i spanie, o ile można tak nazwać kręcenie się z boku na bok przez całą noc. Lekarze wysłali mnie na różne badania, które nic nie wykazały. Początkowo ignorowałam dolegliwości i dawałam z siebie jak najwięcej w szkole i na treningach. Jednak z czasem było coraz gorzej, nie wyrabiałam się ze wszystkim.... wolontariaty, szkoła, treningi, konkursy, zawody, prace dodatkowe. Musiałam w końcu odpuścić, bo czułam, że długo, już tak nie dam rady. Zrezygnowałam z treningów i prac dodatkowych, ograniczyłam wolontariat oraz mniej aktywnie udzielałam się w szkole. Intensywne ćwiczenia na w-f'ie dawały mi w kość.Od lekarza zamiast zwolnienia z zajęć na jakiś czas usłyszałam "oszczędzaj się". Najwidoczniej do Polskiej Służby Zdrowia nie dotarła informacja, że w szkole zwolnienia z wychowania fizycznego można mieć wyłącznie od lekarza. Siedząc czasami wieczorem myślałam: "Jak mam się oszczędzać, skoro nie mam zwolnienia, a moja klasa jest jedną z lepszych ..." Mam to szczęście, że mój wuefista to "Ludzki Pan" i odpuszczał mi widząc, że nie wyrabiam. Często od znajomych dostawałam wiadomości typu: "muszę kończyć, bo zaraz mam trening", "byłam dzisiaj w stajni na jeździe" albo "w niedziele są zawody mtb, bierzesz udział?". Te rozmowy przybijały mnie jeszcze bardziej. Wiele razy patrzyłam na rower z myślą: "walić to wszystko, idę pojeździć", niestety wiedziałam, że ceną treningu będzie późniejszy kilkugodzinny ból. Moja apteczka była wypchana opaskami, bandażami, żelami chłodzącymi i rozgrzewającymi, tabletkami... jednak nic nie pomagało. Na początku stycznia musiałam podać swój wzrost, aby dopasować ramę i strój. Zmierzyłam się raz, drugi, trzeci, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, poprosiłam o pomoc mamę. Wynik ciągle był ten sam. Przez pół roku urosłam AŻ cztery centymetry. Jeden pomiar wskazał przyczynę moich problemów, którymi okazały się bóle wzrostowe. W mojej rodzinie to dość częste zjawisko. Ciocia cierpiała na nie przez trzy lata, kilkukrotnie trafiając nawet do szpitala. Zaczęłam odpowiednią kuracje, której efekty były widoczne już po dwóch tygodniach. Postanowiłam wrócić do treningów. Na początku zmierzyłam się z rowerem stacjonarnym z małym obciążeniem. Stopniowo zwiększałam intensywność treningów. Miesiąc później nie czułam już bólu i zdecydowałam sprawdzić swoją sprawność i to dość solidnie. Tydzień w górach i codzienna jazda na nartach. Minimum sześć godzin na stoku, wciąż z żelem rozgrzewającym i witaminą D, ale BEZ BÓLU. Byłam z siebie dumna. Niestety problemy z kolanami uniemożliwiły mi wystartowanie w zawodach w mojej rodzinnej okolicy. Ten bolesny okres nauczył mnie kilku rzeczy.
Po pierwsze poczułam jak łatwo się spada, a jak trudno podnosi po upadku. Po drugie nauczyłam się, że czasem warto odpuścić. Po trzecie zrozumiałam, że można odsunąć się od wszystkich i próbować radzić sobie samemu z problemami, ale dużo lepiej jest mieć wsparcie w przyjaciołach i rodzinie.
Ten czas dał mi wiele do myślenia. Za namową Pumbya zdecydowałam się na dołączenie do klubu kolarskiego. Poznałam samą siebie i mimo, że moja forma bardzo spadła, udało mi się podnieść, założyć kask i pojechać dalej.
Do napisania :)
Kim jestem?
"Kim jestem?"
To pytanie zadaje sobie większość ludzi. Niektórzy z nich doskonale wiedzą, na czym stoją, a inni... bujają w obłokach i dopiero starają się postawić swój fundament. A ja?
Niektórzy twierdzą, że "typową", a inni, że "jedyną w swoim rodzaju" nastolatką.Opowiem Wam trochę o sobie, wtedy zdecydujecie do, której grupy mnie zaliczacie. Mam na imię Ola, a mój pseudonim to Ciasteczko lub Herma :) (To dłuższe historie do opowiedzenia). Mam naście lat i mieszkam w województwie Mazowieckim. (ta... do tego momentu normalna nastolatka :D)W szkole jestem dobrze uczącą się gimnazjalistką, która jest trochę roztrzepana i potrafi zapomnieć o sprawdzianie z matematyki, ale zawsze wychodzę z tego obronną ręką. Uwielbiam w-f, matematykę, fizykę i biologię. Uczęszczam na wiele zajęć dodatkowych i niekiedy wychodzę później niż połowa nauczycieli. (Ludzie pytają mnie czasami czy mam czas na sen.)Wolny czas spędzam na czytaniu książek, oglądaniu meczy siatkarskich, słuchaniu muzyki, tańcu, śpiewie, jeździe konnej, kolarstwie, pisaniu opowiadań i fotografowaniu.(Tak, wiem... człowiek orkiestra. )Rower w moim życiu odegrał wielką role. Przyznam Wam się, że do trzeciej klasy podstawówki nie umiałam na nim jeździć, a potem nastąpiło przełamanie... najpierw podchodziłam do niego z dystansem, wybierając się na nim tylko do szkoły. Później zaczęły się wycieczki rowerowe, a teraz.... należę do klubu i uwielbiam jeździć po lesie. Ja osobiście przypisuję się do grupy ludzi bujających w obłokach, jednak stąpam twardo na ziemi, wiem co chciałabym robić i na czym stoję.
To pytanie zadaje sobie większość ludzi. Niektórzy z nich doskonale wiedzą, na czym stoją, a inni... bujają w obłokach i dopiero starają się postawić swój fundament. A ja?
Niektórzy twierdzą, że "typową", a inni, że "jedyną w swoim rodzaju" nastolatką.Opowiem Wam trochę o sobie, wtedy zdecydujecie do, której grupy mnie zaliczacie. Mam na imię Ola, a mój pseudonim to Ciasteczko lub Herma :) (To dłuższe historie do opowiedzenia). Mam naście lat i mieszkam w województwie Mazowieckim. (ta... do tego momentu normalna nastolatka :D)W szkole jestem dobrze uczącą się gimnazjalistką, która jest trochę roztrzepana i potrafi zapomnieć o sprawdzianie z matematyki, ale zawsze wychodzę z tego obronną ręką. Uwielbiam w-f, matematykę, fizykę i biologię. Uczęszczam na wiele zajęć dodatkowych i niekiedy wychodzę później niż połowa nauczycieli. (Ludzie pytają mnie czasami czy mam czas na sen.)Wolny czas spędzam na czytaniu książek, oglądaniu meczy siatkarskich, słuchaniu muzyki, tańcu, śpiewie, jeździe konnej, kolarstwie, pisaniu opowiadań i fotografowaniu.(Tak, wiem... człowiek orkiestra. )Rower w moim życiu odegrał wielką role. Przyznam Wam się, że do trzeciej klasy podstawówki nie umiałam na nim jeździć, a potem nastąpiło przełamanie... najpierw podchodziłam do niego z dystansem, wybierając się na nim tylko do szkoły. Później zaczęły się wycieczki rowerowe, a teraz.... należę do klubu i uwielbiam jeździć po lesie. Ja osobiście przypisuję się do grupy ludzi bujających w obłokach, jednak stąpam twardo na ziemi, wiem co chciałabym robić i na czym stoję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)